KORTYZOL, USZKODZONE POŁĄCZENIA NEURONOWE I ZABURZONE POCZUCIE BEZPIECZEŃSTWA, CZYLI JAK ZOSTAŁAM AGENTEM SPECJALNYM

 

Pierwszą ciążę spędzam głównie na czytaniu książek, praktykowaniu jogi i pływaniu. Odpoczywam i pełna radości przygotowuję się na spotkanie z Synem. Czytam bardzo dużo. Wiele książek, na które trafiam w tym czasie zostanie ze mną na najbliższych kilka lat, wiele przewraca mi w głowie i układa w niej na nowo. Liedloff, Kirkilionis, Rosenberg, Juul… – moja biblioteczka zapełnia się bliskościowymi i pokrewnymi pozycjami. Głowa pełna teorii bo praktyka zerowa (małe dzieci widywane raczej przelotnie) i różowe okulary na nosie. Wiem jak nie chcę postępować, wyobrażam sobie jaką mamą będę.

W ostatnich dniach przed porodem czytam o stresie jaki przeżywa dziecko, gdy płacze w samotności, o tym co czuje, gdy nikt na jego płacz nie reaguje, o kortyzolu, który zalewa jego mózg i którego poziom może stać się na tyle wysoki, że uszkodzi połączenia neuronowe, o tym jaki może mieć to skutek dla dalszego funkcjonowania dziecka – uszkodzone obszary mózgu odpowiedzialne za pamięć i regulację emocji, brak pewności siebie, zaburzone poczucie bezpieczeństwa, trudności z nawiązaniem bezpiecznej więzi, poczucie wewnętrznej pustki… Wyjaśnienie dlaczego dzieci w domach dziecka nie płaczą zapada mi w pamięć tak bardzo, że gdy mój Syn jest już po tej stronie brzucha to za każdym razem, gdy tylko zakwili, mam od razu przed oczami dużą cichą salę pełną maluchów z niezaspokojoną potrzebą bliskości.

Efekty?

Niczym agent specjalny w czasie akcji rzucam się w kierunku Synka po każdym stęknięciu. Jestem cały czas spięta i gotowa. No właśnie. Moja akcja specjalna trwa kolejne tygodnie, miesiące. Jest to czas pełen radości i jednocześnie pełen napięcia, by nie dopuścić do sytuacji, w której moje dziecko płakało by w samotności, bo przecież kortyzol, poczucie bezpieczeństwa, więź, potrzeba bliskości, dom dziecka… Wkręcam to sobie coraz bardziej. W okolicach pierwszych urodzin Syna już jestem już tak spięta, że nawet płacz obcego dziecka gdzieś za oknem powoduje u mnie natychmiastowe napięcie mięśni karku, płytszy oddech i coraz silniejszy ból fizyczny. Mój organizm po roku życia w gotowości domaga się odpoczynku psychicznego (fizycznego zresztą też), wyluzowania, dystansu i zadbania o moje potrzeby. Moje potrzeby? Hmm…

Tak było kilka lat tamu. Od tego czasu bardzo wiele się zmieniło, przy trzecim dziecku nadal ruszam “na ratunek” gdy tylko maluch zaczyna postękiwać, ale wewnątrz nie mam już tego napięcia, jest spokój, pewność siebie, cieszę się każdą prośbą ze strony Synka o bliskość. Wiedza z dziedziny neurologii, psychologii, świadomość rozwoju emocjonalnego i społecznego dziecka… – uważam, że to wszystko może bardzo pomóc rodzicowi (i jest dla mnie niesamowicie interesujące). Byle tylko nie zafiksować się na pewnych informacjach za mocno…

 

 

3

Podobne wpisy

Brak komentarzy

Zostaw komentarz