TERAPIA NATURĄ, CZYLI O NASZYCH WAKACJACH I NIE TYLKO

 

 

Kiedy kilka tygodni temu wróciliśmy z  wakacji, planowałam napisać wpis o tym co się z nami działo i o tym co niesamowitego wydarzyło się w tym czasie. Planowałam, a potem wpadliśmy w wir terapii i zajęć dodatkowych. Wciąż ulubionych i wyczekiwanych przez T. lub jego brata, ale jednak takich, na które trzeba ich odwieźć i odebrać. Reakcje terapeutów Syna w pierwszych tygodniach września utwierdziły mnie jednak bardzo w tym by napisać Wam trochę o naszych wakacjach.

Tak jak zeszłoroczne wakacje przyniosły regres i masę trudnych zachowań, tak w te nastąpił niesamowity skok jeśli chodzi o koncentrację, umiejętność opowiadania historii i obniżenie stopnia pobudzenia.

 

To co właściwie robiliśmy?

Zanim wyjechaliśmy lipiec zaskoczył mnie niezbyt pozytywnie. A dokładnie ostatni tydzień lipca, w którym psuły się wszystkie możliwe sprzęty elektroniczne w moim domu i te do których się zbliżyłam. W efekcie na wakacje pojechałam jedynie z przedpotopowym telefonem wygrzebanym gdzieś z dna garderoby, (takim bez internetu, nawigacji, aparatu itp), a w domu pozostawiłam długą listę rzeczy do naprawienia. Na miejscu telefon i tak okazał się mało przydatnym gadżetem (brak zasięgu) więc leżał gdzieś w kuchni służąc sporadycznie za zegarek.

Wakacje w domku w lesie bez telefonu, telewizora, komputera, tabletu, radia i jakichkolwiek elektronicznych zabawek sprawiły, że od samego rana oglądaliśmy skaczące po gałęziach wiewiórki, słuchaliśmy dzięciołów, kukułek i żab, chodziliśmy na długie spacery, pływaliśmy w rzece, czytaliśmy, malowaliśmy farbami, zamrażaliśmy i roztapialiśmy lód, leżeliśmy w hamaku, kopaliśmy w piachu, bawiliśmy się w chowanego i w zabawę Pippi Langstrumpf.

Spędziliśmy ten czas wśród naturalnych dźwięków lasu, łąk, rzeki (i dziecięcych negocjacji). Spędziliśmy wakacje w małych gronie spokojnych osób pozostawiając dzieciom jak największą swobodę. T. jeździł na rowerze, chodził na spacery, kopał w piachu, dużo biegał boso i przytulał się do drzew. Nie jeździł z nami do sklepu w pobliskiej wsi. Odmówił też wyjazdu do skansenu. Właściwie robił to na co miał ochotę, a to wiązało się ze spokojnym byciem blisko przyrody.

Czytaliśmy, czytaliśmy, czytaliśmy. Dorośli sobie i dzieciom, dzieci (póki co) tylko sobie. Czytaliśmy wartościowe książki, do których T. wciąż chce wracać m.in. “Self-Reg. Opowieści dla dzieci o tym jak działać gdy emocje biorą górę” Agnieszki Stążka-Gawrysiak i “Machiną przez Chiny” Łukasza Wierzbickiego.

 

Przez ten wakacyjny czas układ nerwowy T. odpoczął, a po zmianach w jego zachowaniu widzę jak bardzo ten odpoczynek był mu potrzebny. Oczywiście nasze bycie blisko przyrody nie kończy się wraz z zakończeniem lata. A jeśli masz ochotę poczytać więcej o terapii witaminą N, którą praktykujemy również poza wakacjami, zapraszam Cię na wpis Terapia witaminą N w praktyce, czyli co my właściwie robimy.

 

  • Autorem zdjęcia jest Malcolm.
1

Podobne wpisy

Brak komentarzy

Zostaw komentarz